Posty

Andrzej 5

Andrzej lubi jesień. Kiedyś, gdy jeszcze pływał po morzach i oceanach nie przywiązywał szczególnej uwagi do pór roku. Zwłaszcza, że na pełnym morzu zwyczajnie ich nie widać. Podobnie w portach, do których zawijał. Jednak odkąd Andrzej stał się szczurem lądowym pory roku zaczęły go fascynować. Na swoją ulubioną wybrał jesień. Pewnie dlatego, że podobnie jak on jest lekko melancholijna, zamyślona i smutna w ten niemożliwy do opisania sposób. Powód może być jeszcze jeden. To właśnie poprzedniej jesieni Andrzej się zakochał. Spadło to na niego jak przysłowiowy grom z jasnego nieba. Choć dokładnie pamiętał tamten dzień i niebo wcale nie było jasne, ale zaciągnięte ołowianymi chmurami z których co chwilę spadała ulewa. Jak zwykle rano poszedł do najbliższego sklepu. Wewnątrz nie było żadnego klienta. Poprosił Panią Lucynę ekspedientkę i właścicielkę w jednej osobie o połowę razowego chleba, kilogram cukru i litr mleka. - Osiem czterdzieści się należy – oznajmiła sprzedawczyni z ciepłym uśmi…

Andrzej 3

Andrzej ma dziwne wrażenie, że nie jest jedynym lokatorem swojego domu. Dlaczego tak sądzi? A no dlatego, że bardzo często zwłaszcza późną nocą słyszy dziwne odgłosy. Trzeszczenie podłogi, której deski są stare jak sam dom, albo nawet starsze. Przecież drzewo, z którego je wykonano rosło jeszcze nim ktoś pomyślał o budowie domu. Ciche skrzypienie otwieranych drzwi, któremu towarzyszy lekki podmuch. Wygląda to tak, jakby ktoś cierpiący na chroniczną bezsenność urządzał sobie spacery po domu. Tylko kto, skoro Andrzej mieszka sam? Pierwszym wyjaśnieniem jakie przychodzi Andrzejowi do głowy są duchy. Przecież to one robią dużo hałasu, a wcale ich nie widać. Jednak to tłumaczenie ma jedną, lecz zasadniczą lukę. Andrzej nie wierzy w duchy. Ale jego brak wiary w zjawiska nadprzyrodzone nie oznacza, że duchów wcale nie ma. Może one jednak istnieją i nawiedzają jego dom w błędnym przekonaniu, że Andrzej w nie wierzy. Na statkach Andrzej nie przejmował się żadnymi dźwiękami. Tam zawsze coś skrz…

"Grzeczna Dziewczynka" po kilku latach

Każdy przeżyty dzień coraz bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że zasadniczo życie ludzkie jest banalnie proste, tylko my sami je komplikujemy. Chore ambicje, niespełnione marzenia, wybujałe pragnienia przemieniają nasze życiorysy w labirynty, w których nie potrafimy, a może nie chcemy odnaleźć właściwej drogi. Błądzimy po uliczkach na końcu których jest tylko ściana. Zawracamy by ponownie rozpocząć poszukiwania. Chcemy uszczęśliwić wszystkich, ale bez wyrzeczenia się choćby cząstki siebie. Potrafimy mówić "Nie", ale nie lubimy słyszeć tego od innych. Znamy swoje złe strony, ale nie śpieszno nam do zmian. Niezadowoleni z harmonii wyszukujemy sprzeczności. Tak moim zdaniem wygląda świat większości z nas. Taki jest też świat "Grzecznej Dziewczynki”.

Złe geny

Kremowa podłużna koperta zaadresowana gotyckim charakterem pisma leżała wśród zaległej korespondencji. Jego uwagę przykuła pieczątka nadawcy. Umysł jak na zawołanie wyświetlił slajdy wspomnień ze szkoły średniej. Obrazy z razu blade i rozmazane dopiero po chwili zyskały ostrość i żywe barwy. Może, dlatego, że nie chciał wracać do czterech lat zakończonych maturą i definitywnym odcięciem pępowiny łączącej go z rodzinnym miastem, które uparcie trzymało go przy sobie jak matka niemowlę przy piersi. Podczas gdy wielu znajomych wybrało szkoły w innych miastach on został czując lęk przed nieznanym. Odrzucając wspomnienia błyszczącym nożykiem z mahoniową rękojeścią otworzył kopertę. Wewnątrz na czerpanym papierze wydrukowano imienne zaproszenie. Mamy wielki zaszczyt zaprosić Pana Juliana Kwiatkowskiego na dwudziestą rocznicę matury. Przebiegł wzrokiem po kilku równych linijkach tekstu. - To już dwadzieścia lat – pomyślał nieco zaskoczony szybkością, z jaką świat parł do przodu w nieznane, k…

Popołudnie z Marią

Wracał do domu zastanawiając się, czy od dzisiaj będzie to tylko jego dom. Nie chciał tego, ale wiedział, że jest to możliwe. Upalne popołudnie zapraszało do spacerów po parkach buchających zielenią. Wolałby już padający deszcz, zalegające warstwy mokrych kolorowych liści. Ta sceneria, choć mocno kiczowata bardziej pasowała do jego nastroju. Czuł się jak człowiek, który spowodował wypadek. Była w nim świadomość winy, pomieszana z niemożliwością odwrócenia biegu wydarzeń i pragnieniem naprawy tego, co jeszcze naprawić się da. Do powrotu Marii pozostało dwie godziny. Nalał sobie szklankę koniaku, ale postanowił nie pić aż do jej przyjścia. Chyba bał się, że się upije a przecież do tego, co miało nastąpić chciał podejść na trzeźwo. Jej obecność oznajmił dźwięk przekręcanego klucza. Te kroki tak dobrze mu znane, sposób otwierania kuchennych szafek taki spokojny jakby obchodziła się z czującym stworzeniem. Wszystkie te odgłosy rozbiły ciszę, która otaczała Piotra. Roztrzaskały ją jak szkla…